Nauka Duchowa nie jest zabawą

Istnieje bardzo powszechna opinia, że to, co nauka duchowa mówi o rzeczywistości wyższych światów jest jedynie wytworem jakiejś formy tak zwanej „inspiracji“, lub subiektywnej, intelektualnej dedukcji, lub nawet czystej fantazji. W rzeczywistości tak nie jest. Przykładowo badania kliniczne czy astronomiczne wymagają specjalistycznej i trudnej pracy. Ale to, co zdobywane jest wewnętrznie, ucząc się jak gdyby od własnej istoty człowieka poprzez wewnętrzne eksperymentowanie, w celu odsłonięcia postrzegania wyższych światów – jest jeszcze trudniejszym zadaniem, wymagającym większego poświęcenia, większej ostrożności, większej dokładności i metodycznej wytrwałości.

To, co tutaj z całą powagą jest opisane jako Nauka Duchowa, zasadniczo różni się od dotychczasowych form okultyzmu, mistycyzmu i tym podobnych. Tak jak nauka stoi w przeciwieństwie do przesądów, tak też antropozoficzna Nauka Duchowa stoi w przeciwieństwie do obecnych form okultyzmu, które starają się zdobyć wiedzę za pośrednictwem medium lub kompilując zewnętrzne, zmysłowe dane w sposób amatorski. Ten konkretny gatunek współczesnego przesądu zostaje zwyciężony niczym bardziej zdecydowanym jak prawdziwymi badaniami duchowymi, z absolutnie skrupulatnymi i dokładnymi metodami.


Źródło: link

Reklamy

4 thoughts on “Nauka Duchowa nie jest zabawą”

  1. Duchowość wydaję się iść w parze z cierpieniem, ale szczęśliwy nie znaczy mniej uduchowiony… trudne jak przebywanie ze zbyt inteligentnymi i zbyt prostackimi ludźmi jeśli jesteśmy na innym poziomie. wydaje się, że ten przeciętny ma najlepszy wgląd…

    Polubione przez 1 osoba

  2. Tak, człowiek szczęśliwy nie musi być mniej „uduchowionym” (cokolwiek to znaczy – jeśli ktoś zna tego definicję, to proszę o podzielenie się swoimi przemyśleniami), być może jest szczęśliwy dlatego, że poznał i poczuł więcej z ducha, i to go napełniło szczęściem. Według mnie „najlepszy wgląd” ma ten, kto otacza miłością środowisko, z którym się styka, i kiedy z tego spotkania wyciąga właściwe wnioski, czyli te oparte na miłości, pokorze, szacunku, cierpliwości, zrozumieniu.

    Tak zwana duchowość jest w rzeczy samej cierpieniem, gdyż zmiana swojej osobowości i później duszy, pociąga za sobą cierpienie, które jest nieuniknione. Zmiana siebie jest rozpadem starego i zaczynem nowego, czego przykładem jest reinkarnacja – śmierć w tym życiu i narodziny w nowym życiu. Cierpienia niestety nie da się uniknąć – cokolwiek by się robiło, jest ono nieuniknione, przyjdzie ono do nas dzisiaj, jutro czy pojutrze.

    Ból jest tak pewny jak powietrze, które wdychamy; jednak o bólu/cierpieniu próbujemy zapomnieć tak jak o tym, że cały czas mimowolnie wdychamy to powietrze. Można próbować uciekania od cierpienia, ale te próby są bezowocne, ponieważ one nie prowadzą nas do wyzwolenia z cierpienia, tylko do jeszcze większego zniewolenia. Ucieczka od cierpienia nie jest tym samym co wyzwolenie i przezwyciężenie cierpienia.

    Jeśli już mowa o tych tzw. „uduchowionych”, to oni ubóstwiają wyższe wartości (poczytaj Łazariewa), czyli np. świadomość, intelekt itd., a ubóstwianie z ekstazy podczas posiadania tej wartości (wobec niej) przeskakuje w agresję, nienawiść, gdy zostanie ona jakoś naruszona. Ciężko jest wygrzebać się z przywiązania do wyższych wartości, ale jest to możliwe.

    Żeby w pełni wygrzebać się z przywiązania, to trzeba przerobić daną wartość wobec siebie i wobec innych, czyli np. jeśli już potrafię powstrzymać się od wywyższania i wiem, że tego mi nie wolno robić, to muszę jeszcze nauczyć się akceptować to, że inni mają pychę i że pewnie z niej nie zrezygnują. Ostatnio sobie to uświadomiłem, biłem się z myślami w jaki sposób można czuć miłość i akceptację wobec tego, kto stale się wywyższa i gardzi innymi, i wtedy wpadła mi taka myśl, że miłość zmienia swoją „zewnętrzną” formę w zależności od sytuacji, i że w tej sytuacji należy czuć do takiego człowieka współczucie, czyli nie wyrzekam się miłości do tego człowieka mimo że on nagminnie popełnia takie błędy i nie chce się zmienić.

    Moją definicją współczucia jest coś takiego: „Widzę, że jest ci źle, i chciałbym żebyś miał lepiej / Widzę, że popełniasz błędy, i chciałbym żebyś nie musiał już ich popełniać”. Jednak trzeba pamiętać, że „moja wola jest drugorzędna” i nie naciskać tak na świat ze swoim chceniem jak ta kobieta, która wzięła na siebie chorobę dziecka, a on później mścił się na niej za to, bo to było przeznaczone dla niego, to on miał to przepracować w ten czy inny sposób, jednak ona stwierdziła że ma być tak jak ona chce, czyli modlitwą zdjęła z niego chorobę ciała, ale zaszkodziła przy tym duszy, i on teraz jej za to „dziękuje” przemocą fizyczną.

    Trzeba pamiętać, że „moja wola jest drugorzędna”, i zmiana w człowieku musi wyjść od niego z wnętrza, tak jak gdy kurczak wykluwa się od środka ogrzewając się ciepłem z zewnątrz.

    Pozdrawiam

    Lubię to

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s